Ten wpis będzie czymś pomiędzy recenzją, luźnym felietonem, a esejem okręconym wokół ważnego dla mnie tematu (choć myślę, że powinien być ważny dla każdego z Was).
Na tę niewielką książeczkę Franka Furedi, przykuwającą wzrok swoją gorączkowo czerwoną okładką, natrafiłem przypadkiem w bibliotece. Moją uwagę zwrócił jej tytuł: „Gdzie się podziali wszyscy intelektualiści?". Może dlatego, że kojarzy mi się z książką Joanny Papuzińskiej, którą czytałem w dzieciństwie – „A gdzie ja się biedniuteńki podzieję?". Wracając do wątku, autor książki, o której tworzy się niniejszy wywód, jest z pochodzenia Węgrem, choć wykłada na uniwersytecie w Kent. Temat jego pracy nurtuje mnie od czasów gimnazjalnych, kiedy to górnolotnie obiecałem sobie zostać „intelektualistą", jak Zbigniew Herbert albo Witold Gombrowicz. Częściowo także dlatego, że w szkole podstawowej na teście kończącym ten etap edukacji mieliśmy tekst o tym, jak intelektualiści w trakcie przemiany systemowej powiedzieli społeczeństwu „bogaćcie się" i zniknęli, zostawiając rzeczone społeczeństwo samo sobie. A nie jako obowiązkiem, czy jedną z cech nadrzędnych, bycia tymże intelektualistą, tak według mnie, jak i według pana Furediego, jest pomaganie społeczeństwu nie dać się wywieść na manowce.
Perspektywa rozumiana jako podejście do czegoś. To od tego chciałbym rozpocząć, ponieważ natrafiamy na termin wieloznaczny i wielokrotnie rozgałęziony. Perspektywę ma malarz i pracownik biurowy. Malarz ma nawet dwie: jedną na życie, a drugą na twórczość. Pracownik biurowy zawodowo ma głównie tę pierwszą, a to ona jest dla mnie ważniejsza. Frank Furedi pisze o tym, jak szkoła i edukacja budują nasz ogląd na świat, na rzeczywistość, na człowieka. Spytany o to, co wyniosłem z rozkładanej na czynniki pierwsze lektury, odpowiedziałbym, że wniosek oparty na szczególnie frapującej tezie. Według niej średnio rozgarnięty człowiek jest w stanie zrozumieć treści jedynie trochę bardziej skomplikowane niż jego dotychczasowy poziom pojmowania rzeczywistości. Wniosek: społeczeństwo jest infantylizowane. Mówiąc po Gombrowiczowsku: jesteśmy upupiani.
Nie chcę wyjść na gościa głoszącego jakieś spiskowe teorie o tajemniczych „Onych", którzy pragną ogólnego ogłupienia i powrotu analfabetyzmu, ale zacząłem zauważać, iż instytucje publiczne obrały sobie za punkt maksymalne uproszczenie kultury i spłycenie jej na tyle, aby ją skomercjalizować i uzyskowić. O wzbudzaniu ciekawości i poszerzaniu horyzontów też raczej się nie wspomina. Tutaj wywodzący się ze środowisk mocno lewicowych autor pojawia się ze wspomnianą tezą, że to elity kontrolują przepływ idei i one są za to odpowiedzialne. Nie jestem pewien, czy to wciąż prawda w tak mocno zdigitalizowanym świecie, jednak uważa on, że poniekąd sama idea kultury została sprzeniewierzona przez zaprzęgnięcie w służbę społeczeństwu. Kultura zdaniem Furediego służy sama przez się; nie musi być w żaden sposób nakierowywana na poddaństwo względem społeczeństwa. Instytucjom naukowym i kulturalnym należy się pewna autonomia i przywileje, ponieważ tworzą one wartości ogólne, które są przede wszystkim ważne, a dopiero potem użyteczne. Tutaj pan Frank powołuje się na Pierre'a Bourdieu, z którym zgadzam się po raz pierwszy w socjologicznej karierze.
Ten akapit może być przez was zbyty stwierdzeniem: „Ok, boomer!", ale wysłuchajcie mnie do końca zanim to zrobicie. [Dla jasności: *Ok, boomer! – fraza wykrzyknikowa; (1.1) slang. dobra, dobra (młoda osoba do kogoś ze starszego od siebie pokolenia, z sugestią niechęci do kontynuowania rozmowy)]. Autor wysuwa bardzo mocną krytykę wobec edukacji, która już od samego początku skupia się tylko i wyłącznie na dobrym samopoczuciu podopiecznych i stwarza im za mało możliwości do sprawdzenia się, rozszerzenia wachlarza umiejętności czy światopoglądu. Jest to tak głęboko posunięte, że na elitarnym Uniwersytecie Harvarda powstał kurs, który uczy rozmawiania na trudne tematy, a wykładowcy mają poza wiedzą i umiejętnościami studentów brać pod uwagę także ich uczucia i emocje. Twierdzi również, że elity rozmyły swoją pozycję i odpowiedzialność za kulturę, jednocześnie zachowując swój prestiż. Ma on tu na myśli przenoszenie ciężaru odpowiedzialności na resztę społeczeństwa. Elity przedstawiają innych jako wyjątkowych na swój sposób; przez to, że każdy jest kreatywny, a każdy akt stworzenia jest wart tyle samo, każdy uczeń i nauczyciel ma TYLE SAMO do przekazania. Co jednak paradoksalne, nadal twierdzą, że człowiek przeciętny nie jest w stanie zrozumieć nic bardziej skomplikowanego. W czasach antycznych Sokrates (o ile faktycznie istniał) twierdził, że każdy może być filozofem. W Oświeceniu myśliciele filozofowanie zostawili elitom, ale uważali, że każdego można z czasem i dzięki samodzielnej pracy do tej elity przyłączyć. Od połowy XIX wieku elita ma nieść kaganek oświaty ciemnemu ludowi.
Książka wywarła na mnie bardzo silne wrażenie i przyznam, że potwierdziła moje zwątpienie w ten tak zwany edutainment (od education&entertainment), który nie wciąga, nie zapewnia ogromu wiedzy i jest trochę jak kanapka jedzona na szybko pomiędzy posiłkami. Uniwersytety także stały się bliższe ogólniakom z bardzo określonym programem i zestawem lektur, nie mówiąc o mniejszym polu do popisu, swobodzie pogłębiania wiedzy i zainteresowań. Tak jest łatwiej i prościej. Wpisuje się to również w pojęcie snobizmu à rebours. Definiowany jest on w książce jako snobizm skierowany przeciw samym „snobom" i znów odwołując się do Gombrowicza jest tzw. „brataniem się z parobkiem". Jeśli mogę was gdzieś odesłać po lekturze tej notki, to zachęcam do lektury wiersza „Pan Cogito a perła" Zbigniewa Herberta.
Najznamienitsze poprawki grafomaństwa krakowskiego – Magdalena.
[Źródło: Ilustracja Jan Kochanowski, Stanisław Ignacy Witkiewicz (Witkacy), Roman Jasiński i Bruno Schulz, Warszawa 1934, fot. Jan Kochanowski / archiwum E. Jasińskiej / Fotonova]

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz