[Źródło: https://igorrr.bandcamp.com/album/spirituality-and-distortion; dostęp: 05.04.2020].
Igorrr. To ten gość szalonym szturmem zawładnął moim gustem muzycznym. Właściwie ma na imię Gautier Serre. Jest francuskim muzykiem, który komponuje, mieszając ze sobą pozornie niepasujące do siebie gatunki, takie jak muzyka baroku, triphop czy black metal. Trafiłem na niego za pośrednictwem kogoś, kto zagrał jego utwór „Cheval" w grze podobnej do Guitar Hero (albo w samym GH). Dlaczego mnie zainteresował? Wcześniej słuchałem sporo tzw. wolnego jazzu. Mówiąc „wolny", mam na myśli fakt, iż jest on grany i komponowany w oderwaniu od klasycznych reguł, jakie rządzą muzyką w Europie. Może to popchnęło mnie w stronę kolejnej ekstrawagancji? Wpierw słuchałem jedynie wspomnianego utworu „Cheval", więc kiedy usłyszałem o zapowiadanej premierze, zacząłem oczekiwać. Przed premierą pojawiły się trzy „teasery": „Very Noise", „Parpaing" i „Camel Dancefloor". Chyba w tej kolejności. Drugiego utworu z tutaj wymienionych nie słuchałem, ponieważ tytuł do mnie nie przemówił. Pierwszą i trzecią zapowiedź słyszałem. Obie przypadły mi do gustu.
„Spirituality and Distortion" – tak nazwana została płyta Igorrra. Muzyk zastrzega, że zaprojektował ją jako całość i tak powinna być odbierana.Według mnie, ten aspekt całościowości wybrzmiewa dosadnie; poszczególne piosenki łatwo odbiera się jako skrawki wspólnego doświadczenia. Pierwsze cztery utwory pasują do siebie jak puzzle, zaś piąty znacznie się odcina, tworząc odległą historię. Mimo to zdarzają się momenty, w których wyraźnie słychać ostre odcięcia i kontrasty, jakie następują pomiędzy pierwszymi czterema utworami, a czwarty niejako stanowi preludium piątki. Tytuł płyty bardzo dużo tu mówi. Są na niej motywy przywodzące na myśl pewną duchowość, zwłaszcza tę bliskowschodnią, ale i ona jest chwilami mocno zaburzona brzmieniem „distorted". Mimo chaosu dostrzegalne jest uładzenie, w porównaniu z szałem pierwszego krążka. Całość zdaje się trzymać doryckiej skali kościelnej (zgodnie z polską nomenklaturą). Nie mam słuchu muzycznego ani nie znam się na teorii muzyki w stopniu, który pozwoliłby mi na bardziej dogłębną analizę, niemniej tak uważam.
Ta płyta bardzo różni się od poprzedniej – „Savage Sinusoid", choć są pewne elementy, które nasuwają na myśl podobieństwo. Identycznie jak ta dzika sinusoida wiodła nas między przeciwieństwami (harmonią a nieładem), tak i w „Spirituality and Distortion" mamy pewną sinusoidę, która wiedzie nas między skrajnościami. Poprzednia płyta była bardziej dysharmonijna i gwałtowna. Zwłaszcza w takich utworach jak „ieuD", która to nazwa jest anagramem francuskiego słowa: Bóg lub „Cheval", czyli po prostu: koń. Co ważne, „ieuD", ale także i inne utwory, śpiewane są w wymyślonym języku o nazwie „ÖXXÖ XÖÖX". Został on stworzony przez zespół o tej samej nazwie, którego Gautier Serre jest członkiem. Nie wiem, dlaczego nie posługują się ojczystym językiem francuskim. W ogólnej ocenie polecam tę płytę wszystkim, a szczególnie tym, którzy lubią, gdy muzyka wybija się ponad utarte schematy i eksperymentuje z nowymi formami i połączeniami. Poniżej znajdziecie moje bardzo luźno poskładane notatki, które powstawały w czasie pierwszego odsłuchu płyty. Bardzo byłoby mi żal wam ich nie pokazać.
01 – Downgrade Desert – Już pierwszy utwór wyraźnie wpisuje się w motyw przewodni płyty. Może pustynia widniejąca w tytule ma być miejscem, w którym należy włączyć ten utwór? Przeplatają się w nim motywy wielokrotnie powtarzane w reszcie utworów. Tu nie mam na myśli konkretnych akordów czy riffów, ale raczej pewną koncepcję czy filozofię komponowania. Spokojne, przywodzące na myśl derwiszy melodie i ostre zmodulowane gitary.
02 – Nervous Waltz – Jak rozumiem jest to utwór „na cztery", a nie „na dwa", bo walce tańczy się na cztery, ale czy ten nerwowy rytm nadaje się w ogóle do tańca? Wszystkie melodyjne fragmenty utworu, nawet te przesterowane, zdają się na moje niewyrobione ucho trzymać tempo „na cztery".
03 – Very Noise – Tak. Jest to głośne, jest chaotyczne, jest nawet „miłe". Bardzo nadbudowuje napięcie, które rozładowuje nagłą ciszą.
04 – Hollow Tree – Puste drzewo. Zastanawiam się, jak rozumieć tytuły tych piosenek. Czy w ogóle należy przypisywać im jakieś dodatkowe znaczenie i wartość? Dźwięki, które kojarzą się z kosmosem i „Odyseją kosmiczną" przeplatają się chyba klawesynem i gitarami. Do tego przeciągły lekko zawodzący wokal kobiecy.
05 – Camel Dancefloor – Słuchałem tego wielokrotnie przed premierą całej płyty. Lira, ekscentryczne dźwięki (jakby klepania się po brzuchu) i mocne basy. Utwór bardzo dynamiczny, ale haczący momentami o trip-hop albo stoner-metal.
06 – Parpaing – Utwór, który chyba najbardziej zasługuje na miano: „kwiatka w kożuchu". Growl, ostra gitara atakują od samego początku. Tekst, który da się zrozumieć i jest dość mocno Slayerowy.
07 – Musette Maximum – Ja nawet sam nie wiem. Chyba muszą zaznaczyć, że są z Francji, bo ten cały utwór chyba tylko temu służy. Radosny akordeon, podążający za tym bas i perkusja, która nadaje zbyt szybkie i ostre tempo w stosunku do akordeonu. Bas z akordeonem, zupełnie się tym nie przejmują. Akordeon przez cały utwór nic sobie nie robi z dziejącej się w tle masakry. Tylko trzyma tempo. Kojarzy mi się to trochę z wierszem Herberta pt.: „Pan Cogito czyta gazetę".
08 – Himalaya Massive Ritual – Misy i dzwonki? Chyba. I ponownie zaburzone. Wokal grupowy. Ne pewno jest to to, co w tytule, czyli himalajski rytuał grupowy. Nie wiem tylko, czy jest to medytacja, czy przygotowanie do walki na śmierć i życie. Jak na całej płycie elementy duchowości są zaburzane przez przesterowane i ostre charakterystyczne dla metalu brzmienia. Na końcu jedynie wokal, dzwonki, gitara i trochę perkusji, która straszy burzą... Kiedy ta w końcu nadchodzi, harmonizuje się w jedno i prowadzi do rozwiązania całej formy w bardzo satysfakcjonujący sposób. Ostatnie podrygi wiatru w koronach drzew. Jednak nie ostatnie, burza przycichła tylko na chwilę, utwór ciągle zaskakuje. Im bardziej się w niego wsłuchuję, tym te zaskoczenia są satysfakcjonujące. Misy walczą z burzą. Zwyciężają i milkną.
09 – Lost in Introspection – Może to właśnie klucz do zrozumienia całej płyty? Gama instrumentów nie jest niczym niezwykłym dla Igorrra, ale i innych muzyków reprezentujących bardziej klasyczne nurty metalu. Melodycznie bardzo spokojnie. Skrzypce kojarzą się z operą. Ta muzyka jest tak bardzo płynna i plastyczna, że to co piszę jest daleko w tyle za tym, co dzieje się w utworze, co zapewne spłyca tę szaloną relację. Utwór kończy pasaż na fortepianie, którego ostatnie dźwięki są dysonansem.
10 – Overweight Poesy – Otyła poezja. Poetyckość rzuca się w uszy od razu. Jest tu wyrażona czymś, co kojarzy się muzyką barokową albo i wręcz renesansową. Wkracza wokal, idąc w parze z tymże barokiem, czasem odstępując od niego o krok, jednak nigdy nie opuszczając go całkowicie. Ta otyłość w tytule nie daje mi spokoju. Zrozumiałbym wszelkie odwołania do chaosu, czy nawet i orgii. Ale otyłość tutaj nie przytłacza, nie przybija do ściany, nie gniecie. Chyba, że chodzi o operę, nad którą ciąży podobny stereotyp. Niesamowite napięcie bije z tego utworu; odrobinę jakby faktycznie miał libretto. Definitywnie renesansowe Włochy.
11 – Paranoid Bulldozer Italiano – Zupełnie nie rozumiem związku tytułu z treścią utworu. Krótkie i bardzo zwięzłe, choć chwilami można w to zwątpić. Kojarzy się z „Very Noise". Bardzo metalowe, dynamiczne, charakterystyczny jeszcze dla poprzedniej płyty wokal.
12 – Barocco Satani – Barocco wyczuwalne od samego początku. Satani przez mocno przesterowane brzmienia? Tekst nie mówi wiele, o ile jest on faktycznie w istniejącym języku. Z gitary wydobywają się dźwięki podobne do zawodzenia. Może chodzi o dusze w piekle? Wokal bardzo operowy, coś jak bicie serca w tle i nieustająca pulsacja. Piski skrzypiec. Mnóstwo dramatyzmu. To nie jest pierwszy utwór na tej płycie wzbudzający we mnie podobne odczucia, ale ten robi to chyba najsilniej.
13 – Polyphonic Rust – Metalowo to brzmi faktycznie. Polifonia? No jest. I to bardzo. Zwłaszcza w warstwie wokalnej. Da się ją również słyszeć od pierwszych akordów wygrywanych przez dwie gitary. Bardzo ciekawym kontrastem, choć może trochę na siłę widzianym zaburzeniem, jest biały wokal, który pojawia się tu po raz pierwszy.
14 – Kung-Fu Chèvre – Brzmi jak Bregović. Pasaże na akordeonie przypominają „Ederlezi". Przenosimy się też na Bałkany. Szybko nadbudowują się kolejne warstwy. Język przypomina odrobinę włoski, później przypomina język bałkański – dziwna hybrydyzacja. W tle słychać beczenie kozy, a chèvre to właśnie koza. Jednak co ma do tego kung-fu? Nie ma w brzmieniach nic, co jakkolwiek kojarzyłoby się z Azją. To prędzej Bałkany z całym swoim pięknem i wojnami w jednej piosence. Między weselem, a wojną. W jednej sekundzie radość i tańce ludowe, w następnej agresja, wojna i zgrzyt. Choć i w tym zgrzycie jest harmonia. Jak w planie wojennym.
Korekta (naj)specjaln(iejsz)a: Jak zawsze Madzia.