niedziela, 23 sierpnia 2020

Smutny Cthulu Komiks #4

 

 
Mam nadzieję, że wam się podoba i widzieliście poprzednie części. Może kiedyś nawet ten komiks znajdzie się na papierze.

poniedziałek, 20 lipca 2020

Smutny Cthulu komiks #3


To trzeci odcinek mojego komiksu. Nie wiem kiedy pojawi się kolejny, ale rysowanie ich daje mi dużą satysfakcję. Może kiedyś nawet uzbiera się tyle odcinków, że je wydam.

niedziela, 26 kwietnia 2020

Gdzie się podziali wszyscy intelektualiści? Zabawa w chowanego


Ten wpis będzie czymś pomiędzy recenzją, luźnym felietonem, a esejem okręconym wokół ważnego dla mnie tematu (choć myślę, że powinien być ważny dla każdego z Was).

Na tę niewielką książeczkę Franka Furedi, przykuwającą wzrok swoją gorączkowo czerwoną okładką, natrafiłem przypadkiem w bibliotece. Moją uwagę zwrócił jej tytuł: „Gdzie się podziali wszyscy intelektualiści?". Może dlatego, że kojarzy mi się z książką Joanny Papuzińskiej, którą czytałem w dzieciństwie – „A gdzie ja się biedniuteńki podzieję?". Wracając do wątku, autor książki, o której tworzy się niniejszy wywód, jest z pochodzenia Węgrem, choć wykłada na uniwersytecie w Kent. Temat jego pracy nurtuje mnie od czasów gimnazjalnych, kiedy to górnolotnie obiecałem sobie zostać „intelektualistą", jak Zbigniew Herbert albo Witold Gombrowicz. Częściowo także dlatego, że w szkole podstawowej na teście kończącym ten etap edukacji mieliśmy tekst o tym, jak intelektualiści w trakcie przemiany systemowej powiedzieli społeczeństwu „bogaćcie się" i zniknęli, zostawiając rzeczone społeczeństwo samo sobie. A nie jako obowiązkiem, czy jedną z cech nadrzędnych, bycia tymże intelektualistą, tak według mnie, jak i według pana Furediego, jest pomaganie społeczeństwu nie dać się wywieść na manowce.

Perspektywa rozumiana jako podejście do czegoś. To od tego chciałbym rozpocząć, ponieważ natrafiamy na termin wieloznaczny i wielokrotnie rozgałęziony. Perspektywę ma malarz i pracownik biurowy. Malarz ma nawet dwie: jedną na życie, a drugą na twórczość. Pracownik biurowy zawodowo ma głównie tę pierwszą, a to ona jest dla mnie ważniejsza. Frank Furedi pisze o tym, jak szkoła i edukacja budują nasz ogląd na świat, na rzeczywistość, na człowieka. Spytany o to, co wyniosłem z rozkładanej na czynniki pierwsze lektury, odpowiedziałbym, że wniosek oparty na szczególnie frapującej tezie. Według niej średnio rozgarnięty człowiek jest w stanie zrozumieć treści jedynie trochę bardziej skomplikowane niż jego dotychczasowy poziom pojmowania rzeczywistości. Wniosek: społeczeństwo jest infantylizowane. Mówiąc po Gombrowiczowsku: jesteśmy upupiani.

Nie chcę wyjść na gościa głoszącego jakieś spiskowe teorie o tajemniczych „Onych", którzy pragną ogólnego ogłupienia i powrotu analfabetyzmu, ale zacząłem zauważać, iż instytucje publiczne obrały sobie za punkt maksymalne uproszczenie kultury i spłycenie jej na tyle, aby ją skomercjalizować i uzyskowić. O wzbudzaniu ciekawości i poszerzaniu horyzontów też raczej się nie wspomina. Tutaj wywodzący się ze środowisk mocno lewicowych autor pojawia się ze wspomnianą tezą, że to elity kontrolują przepływ idei i one są za to odpowiedzialne. Nie jestem pewien, czy to wciąż prawda w tak mocno zdigitalizowanym świecie, jednak uważa on, że poniekąd sama idea kultury została sprzeniewierzona przez zaprzęgnięcie w służbę społeczeństwu. Kultura zdaniem Furediego służy sama przez się; nie musi być w żaden sposób nakierowywana na poddaństwo względem społeczeństwa. Instytucjom naukowym i kulturalnym należy się pewna autonomia i przywileje, ponieważ tworzą one wartości ogólne, które są przede wszystkim ważne, a dopiero potem użyteczne. Tutaj pan Frank powołuje się na Pierre'a Bourdieu, z którym zgadzam się po raz pierwszy w socjologicznej karierze.

Ten akapit może być przez was zbyty stwierdzeniem: „Ok, boomer!", ale wysłuchajcie mnie do końca zanim to zrobicie. [Dla jasności: *Ok, boomer! – fraza wykrzyknikowa; (1.1) slang. dobra, dobra (młoda osoba do kogoś ze starszego od siebie pokolenia, z sugestią niechęci do kontynuowania rozmowy)]. Autor wysuwa bardzo mocną krytykę wobec edukacji, która już od samego początku skupia się tylko i wyłącznie na dobrym samopoczuciu podopiecznych i stwarza im za mało możliwości do sprawdzenia się, rozszerzenia wachlarza umiejętności czy światopoglądu. Jest to tak głęboko posunięte, że na elitarnym Uniwersytecie Harvarda powstał kurs, który uczy rozmawiania na trudne tematy, a wykładowcy mają poza wiedzą i umiejętnościami studentów brać pod uwagę także ich uczucia i emocje. Twierdzi również, że elity rozmyły swoją pozycję i odpowiedzialność za kulturę, jednocześnie zachowując swój prestiż. Ma on tu na myśli przenoszenie ciężaru odpowiedzialności na resztę społeczeństwa. Elity przedstawiają innych jako wyjątkowych na swój sposób; przez to, że każdy jest kreatywny, a każdy akt stworzenia jest wart tyle samo, każdy uczeń i nauczyciel ma TYLE SAMO do przekazania. Co jednak paradoksalne, nadal twierdzą, że człowiek przeciętny nie jest w stanie zrozumieć nic bardziej skomplikowanego. W czasach antycznych Sokrates (o ile faktycznie istniał) twierdził, że każdy może być filozofem. W Oświeceniu myśliciele filozofowanie zostawili elitom, ale uważali, że każdego można z czasem i dzięki samodzielnej pracy do tej elity przyłączyć. Od połowy XIX wieku elita ma nieść kaganek oświaty ciemnemu ludowi.

Książka wywarła na mnie bardzo silne wrażenie i przyznam, że potwierdziła moje zwątpienie w ten tak zwany edutainment (od education&entertainment), który nie wciąga, nie zapewnia ogromu wiedzy i jest trochę jak kanapka jedzona na szybko pomiędzy posiłkami. Uniwersytety także stały się bliższe ogólniakom z bardzo określonym programem i zestawem lektur, nie mówiąc o mniejszym polu do popisu, swobodzie pogłębiania wiedzy i zainteresowań. Tak jest łatwiej i prościej. Wpisuje się to również w pojęcie snobizmu à rebours. Definiowany jest on w książce jako snobizm skierowany przeciw samym „snobom" i znów odwołując się do Gombrowicza jest tzw. „brataniem się z parobkiem". Jeśli mogę was gdzieś odesłać po lekturze tej notki, to zachęcam do lektury wiersza „Pan Cogito a perła" Zbigniewa Herberta.


Najznamienitsze poprawki grafomaństwa krakowskiego – Magdalena.

[Źródło: Ilustracja Jan Kochanowski, Stanisław Ignacy Witkiewicz (Witkacy), Roman Jasiński i Bruno Schulz, Warszawa 1934, fot. Jan Kochanowski / archiwum E. Jasińskiej / Fotonova]

czwartek, 9 kwietnia 2020

Krótkie wyjaśnienie do filmu o antropologii dla rekonstruktorów

Dla tych, którzy przegapili materiał. Zapraszam!
https://www.youtube.com/watch?v=N8gJbyhAW8Y



Errata. W komentarzach pod moim poprzednim filmem o antropologii kulturowej w rekonstrukcji historycznej pojawiły się opinie, że za słabo zobrazowałem poszczególne koncepcje, stąd koniecznym wydaje mi się ich rozszerzenie. Będą to przykłady do poszczególnych przytaczanych przeze mnie teorii, które pozwolą Wam lepiej się w nich odnaleźć.

Na wstępie chciałbym przybliżyć lustro antropologiczne. Wiem, że moje wyjaśnienie i przedstawienie tej koncepcji to trochę bardziej rozbudowana wersja popularnego w rekonstrukcji wczesnego średniowiecza powiedzonka: „Głupi nie byli". Najczęściej służy ono usprawiedliwieniu używania przez rekonów nawet i współczesnych nam przedmiotów. Z tego właśnie powodu jest to bardzo deprecjonowane podejście; choć właściwie, jakby się zastanowić, skoro ówcześni ludzie byli w stanie stworzyć państwa, okręty, którymi przepływali morza, czy budynki, które stoją po dziś dzień, to nie mogli „być (aż) tacy głupi". Oczywiście, mieli mniejszy zasób wiedzy. Nie umieli policzyć obciążeń przy stawianiu budynków, a przynajmniej nic o tym nie wiemy. Niemniej, nie można im odmówić jakiejś dozy sprytu i zdolności do wyciągania wniosków z doświadczeń, która charakteryzuje i nas współcześnie.

Z kolei dyfuzję kulturową można podeprzeć całą masą znalezisk, o które toczą się raz za razem żywe debaty na wyjazdach historycznych, na których bywam. Najczęściej są to znaleziska z dużych ośrodków handlu, jak Birka, Hedeby czy Wolin. Jednak azjatyckie jedwabie, kaftany lub charakterystyczne dla terenów Rusi pasy z bocznym zapięciem, które są znajdowane na terenie Skandynawii, świadczą najdobitniej (przynajmniej) o kontakcie międzykulturowym, jaki zachodził pomiędzy ludami.

Tutaj, jak i w pierwszy moim filmie, ważna jest dla mnie perspektywa indywidualna na jednostkę, a wręcz psychologiczne do niej podejście, dlatego wspomnę po raz kolejny o glokalizacji. Normy kulturowe ścierają się i mieszają. Według części badaczy skandynawski mit o Ragnaroku, czyli o końcu świata, został stworzony jako odpowiedź na chrześcijańską apokalipsę. Oczywiście ja osobiście nie trafiłem na pisane źródła ze Skandynawii wcześniejsze niż z XIII w. i większość z nich jest autorstwa Snorriego Sturlusona, ale też nie do końca o to mi chodziło w materiale. Zależało mi, aby pokazać, że jednostki refleksyjnie podchodzą do kultury i często bardzo racjonalnie dobierają dla siebie normy kulturowe. Tak jak zmienia zwyczaje ktoś, kto wyjeżdża do pracy za granicę w dzisiejszych czasach, tak i wtedy handlarze czy członkowie gwardii wareskiej w momencie konfrontacji z inną – „obcą" kulturą, przeglądali się w niej jak w lustrze i nieświadomie przejawiali jedno z czterech zachowań glokalizacyjnych.

A to nie mogłoby się stać, gdyby wszystkie kultury były takie same. Stąd ważna jest także w mojej opinii wspominana niejednokrotnie krytyka kulturowa. Żadna wymiana kulturowa nie mogła by mieć miejsca, gdyby na całym świecie panowała jedna i identyczna wersja kultury. A już fakt, że mały przedmiot, który przywraca ołówek do stanu używalności, przez jednych nazywany jest temperówką, przez innych strugaczką, zastrugaczką, czy nawet i ostrzytkiem, jest różnicą kulturową. Czy dużą, czy małą, to nieistotne. Ważne jest, żebyśmy pamiętali, że nasza kultura jest osadzona w kulturach naszych przodków i jest jednocześnie jednym z filarów kultury naszych potomków.

niedziela, 5 kwietnia 2020

Recenzja płyty Igorrr – Spirituality and Distortion

[Źródło: https://igorrr.bandcamp.com/album/spirituality-and-distortion; dostęp: 05.04.2020].


Igorrr. To ten gość szalonym szturmem zawładnął moim gustem muzycznym. Właściwie ma na imię Gautier Serre. Jest francuskim muzykiem, który komponuje, mieszając ze sobą pozornie niepasujące do siebie gatunki, takie jak muzyka baroku, triphop czy black metal. Trafiłem na niego za pośrednictwem kogoś, kto zagrał jego utwór „Cheval" w grze podobnej do Guitar Hero (albo w samym GH). Dlaczego mnie zainteresował? Wcześniej słuchałem sporo tzw. wolnego jazzu. Mówiąc „wolny", mam na myśli fakt, iż jest on grany i komponowany w oderwaniu od klasycznych reguł, jakie rządzą muzyką w Europie. Może to popchnęło mnie w stronę kolejnej ekstrawagancji? Wpierw słuchałem jedynie wspomnianego utworu „Cheval", więc kiedy usłyszałem o zapowiadanej premierze, zacząłem oczekiwać. Przed premierą pojawiły się trzy „teasery": „Very Noise", „Parpaing" i „Camel Dancefloor". Chyba w tej kolejności. Drugiego utworu z tutaj wymienionych nie słuchałem, ponieważ tytuł do mnie nie przemówił. Pierwszą i trzecią zapowiedź słyszałem. Obie przypadły mi do gustu.

„Spirituality and Distortion" – tak nazwana została płyta Igorrra. Muzyk zastrzega, że zaprojektował ją jako całość i tak powinna być odbierana.Według mnie, ten aspekt całościowości wybrzmiewa dosadnie; poszczególne piosenki łatwo odbiera się jako skrawki wspólnego doświadczenia. Pierwsze cztery utwory pasują do siebie jak puzzle, zaś piąty znacznie się odcina, tworząc odległą historię. Mimo to zdarzają się momenty, w których wyraźnie słychać ostre odcięcia i kontrasty, jakie następują pomiędzy pierwszymi czterema utworami, a czwarty niejako stanowi preludium piątki. Tytuł płyty bardzo dużo tu mówi. Są na niej motywy przywodzące na myśl pewną duchowość, zwłaszcza tę bliskowschodnią, ale i ona jest chwilami mocno zaburzona brzmieniem „distorted". Mimo chaosu dostrzegalne jest uładzenie, w porównaniu z szałem pierwszego krążka. Całość zdaje się trzymać doryckiej skali kościelnej (zgodnie z polską nomenklaturą). Nie mam słuchu muzycznego ani nie znam się na teorii muzyki w stopniu, który pozwoliłby mi na bardziej dogłębną analizę, niemniej tak uważam.

Ta płyta bardzo różni się od poprzedniej – „Savage Sinusoid", choć są pewne elementy, które nasuwają na myśl podobieństwo. Identycznie jak ta dzika sinusoida wiodła nas między przeciwieństwami (harmonią a nieładem), tak i w „Spirituality and Distortion" mamy pewną sinusoidę, która wiedzie nas między skrajnościami. Poprzednia płyta była bardziej dysharmonijna i gwałtowna. Zwłaszcza w takich utworach jak „ieuD", która to nazwa jest anagramem francuskiego słowa: Bóg lub „Cheval", czyli po prostu: koń. Co ważne, „ieuD", ale także i inne utwory, śpiewane są w wymyślonym języku o nazwie „ÖXXÖ XÖÖX". Został on stworzony przez zespół o tej samej nazwie, którego Gautier Serre jest członkiem. Nie wiem, dlaczego nie posługują się ojczystym językiem francuskim. W ogólnej ocenie polecam tę płytę wszystkim, a szczególnie tym, którzy lubią, gdy muzyka wybija się ponad utarte schematy i eksperymentuje z nowymi formami i połączeniami. Poniżej znajdziecie moje bardzo luźno poskładane notatki, które powstawały w czasie pierwszego odsłuchu płyty. Bardzo byłoby mi żal wam ich nie pokazać.

01 – Downgrade Desert – Już pierwszy utwór wyraźnie wpisuje się w motyw przewodni płyty. Może pustynia widniejąca w tytule ma być miejscem, w którym należy włączyć ten utwór? Przeplatają się w nim motywy wielokrotnie powtarzane w reszcie utworów. Tu nie mam na myśli konkretnych akordów czy riffów, ale raczej pewną koncepcję czy filozofię komponowania. Spokojne, przywodzące na myśl derwiszy melodie i ostre zmodulowane gitary.

02 – Nervous Waltz – Jak rozumiem jest to utwór „na cztery", a nie „na dwa", bo walce tańczy się na cztery, ale czy ten nerwowy rytm nadaje się w ogóle do tańca? Wszystkie melodyjne fragmenty utworu, nawet te przesterowane, zdają się na moje niewyrobione ucho trzymać tempo „na cztery".

03 – Very Noise – Tak. Jest to głośne, jest chaotyczne, jest nawet „miłe". Bardzo nadbudowuje napięcie, które rozładowuje nagłą ciszą.

04 – Hollow Tree – Puste drzewo. Zastanawiam się, jak rozumieć tytuły tych piosenek. Czy w ogóle należy przypisywać im jakieś dodatkowe znaczenie i wartość? Dźwięki, które kojarzą się z kosmosem i „Odyseją kosmiczną" przeplatają się chyba klawesynem i gitarami. Do tego przeciągły lekko zawodzący wokal kobiecy.

05 – Camel Dancefloor – Słuchałem tego wielokrotnie przed premierą całej płyty. Lira, ekscentryczne dźwięki (jakby klepania się po brzuchu) i mocne basy. Utwór bardzo dynamiczny, ale haczący momentami o trip-hop albo stoner-metal.

06 – Parpaing – Utwór, który chyba najbardziej zasługuje na miano: „kwiatka w kożuchu". Growl, ostra gitara atakują od samego początku. Tekst, który da się zrozumieć i jest dość mocno Slayerowy.

07 – Musette Maximum – Ja nawet sam nie wiem. Chyba muszą zaznaczyć, że są z Francji, bo ten cały utwór chyba tylko temu służy. Radosny akordeon, podążający za tym bas i perkusja, która nadaje zbyt szybkie i ostre tempo w stosunku do akordeonu. Bas z akordeonem, zupełnie się tym nie przejmują. Akordeon przez cały utwór nic sobie nie robi z dziejącej się w tle masakry. Tylko trzyma tempo. Kojarzy mi się to trochę z wierszem Herberta pt.: „Pan Cogito czyta gazetę".

08 – Himalaya Massive Ritual – Misy i dzwonki? Chyba. I ponownie zaburzone. Wokal grupowy. Ne pewno jest to to, co w tytule, czyli himalajski rytuał grupowy. Nie wiem tylko, czy jest to medytacja, czy przygotowanie do walki na śmierć i życie. Jak na całej płycie elementy duchowości są zaburzane przez przesterowane i ostre charakterystyczne dla metalu brzmienia. Na końcu jedynie wokal, dzwonki, gitara i trochę perkusji, która straszy burzą... Kiedy ta w końcu nadchodzi, harmonizuje się w jedno i prowadzi do rozwiązania całej formy w bardzo satysfakcjonujący sposób. Ostatnie podrygi wiatru w koronach drzew. Jednak nie ostatnie, burza przycichła tylko na chwilę, utwór ciągle zaskakuje. Im bardziej się w niego wsłuchuję, tym te zaskoczenia są satysfakcjonujące. Misy walczą z burzą. Zwyciężają i milkną.

09 – Lost in Introspection – Może to właśnie klucz do zrozumienia całej płyty? Gama instrumentów nie jest niczym niezwykłym dla Igorrra, ale i innych muzyków reprezentujących bardziej klasyczne nurty metalu. Melodycznie bardzo spokojnie. Skrzypce kojarzą się z operą. Ta muzyka jest tak bardzo płynna i plastyczna, że to co piszę jest daleko w tyle za tym, co dzieje się w utworze, co zapewne spłyca tę szaloną relację. Utwór kończy pasaż na fortepianie, którego ostatnie dźwięki są dysonansem.

10 – Overweight Poesy – Otyła poezja. Poetyckość rzuca się w uszy od razu. Jest tu wyrażona czymś, co kojarzy się muzyką barokową albo i wręcz renesansową. Wkracza wokal, idąc w parze z tymże barokiem, czasem odstępując od niego o krok, jednak nigdy nie opuszczając go całkowicie. Ta otyłość w tytule nie daje mi spokoju. Zrozumiałbym wszelkie odwołania do chaosu, czy nawet i orgii. Ale otyłość tutaj nie przytłacza, nie przybija do ściany, nie gniecie. Chyba, że chodzi o operę, nad którą ciąży podobny stereotyp. Niesamowite napięcie bije z tego utworu; odrobinę jakby faktycznie miał libretto. Definitywnie renesansowe Włochy.

11 – Paranoid Bulldozer Italiano – Zupełnie nie rozumiem związku tytułu z treścią utworu. Krótkie i bardzo zwięzłe, choć chwilami można w to zwątpić. Kojarzy się z „Very Noise". Bardzo metalowe, dynamiczne, charakterystyczny jeszcze dla poprzedniej płyty wokal.

12 – Barocco Satani – Barocco wyczuwalne od samego początku. Satani przez mocno przesterowane brzmienia? Tekst nie mówi wiele, o ile jest on faktycznie w istniejącym języku. Z gitary wydobywają się dźwięki podobne do zawodzenia. Może chodzi o dusze w piekle? Wokal bardzo operowy, coś jak bicie serca w tle i nieustająca pulsacja. Piski skrzypiec. Mnóstwo dramatyzmu. To nie jest pierwszy utwór na tej płycie wzbudzający we mnie podobne odczucia, ale ten robi to chyba najsilniej.

13 – Polyphonic Rust – Metalowo to brzmi faktycznie. Polifonia? No jest. I to bardzo. Zwłaszcza w warstwie wokalnej. Da się ją również słyszeć od pierwszych akordów wygrywanych przez dwie gitary. Bardzo ciekawym kontrastem, choć może trochę na siłę widzianym zaburzeniem, jest biały wokal, który pojawia się tu po raz pierwszy.

14 – Kung-Fu Chèvre – Brzmi jak Bregović. Pasaże na akordeonie przypominają „Ederlezi". Przenosimy się też na Bałkany. Szybko nadbudowują się kolejne warstwy. Język przypomina odrobinę włoski, później przypomina język bałkański – dziwna hybrydyzacja. W tle słychać beczenie kozy, a chèvre to właśnie koza. Jednak co ma do tego kung-fu? Nie ma w brzmieniach nic, co jakkolwiek kojarzyłoby się z Azją. To prędzej Bałkany z całym swoim pięknem i wojnami w jednej piosence. Między weselem, a wojną. W jednej sekundzie radość i tańce ludowe, w następnej agresja, wojna i zgrzyt. Choć i w tym zgrzycie jest harmonia. Jak w planie wojennym.

Korekta (naj)specjaln(iejsz)a: Jak zawsze Madzia.

niedziela, 22 marca 2020

Smutny Cthulu komiks #2


Kolejna część komiksu gotowa! Szczerze mówiąc, daje mi to dużą frajdę i jest pomysłem, który od dłuższego już czasu kotłował się w mojej głowie. Miło mi wreszcie go realizować. Jakie są wasze opinie i wrażenia po odbiorze tej strony mojej twórczości? Dajcie mi proszę znać w komentarzach.

czwartek, 19 marca 2020

Podręcznik pod rękę dla rĘkonstruktora

Dziś krótka notka o moim filmie, który jest jeszcze w produkcji, ale pojawi się na kanale Lord Tytus Mandarynka na YouTube już niebawem. Mowa o podręcznym poradniku antropologii kulturowej dla rekonstruktorów. Temat nie wziął się znikąd, ponieważ sam jestem rekonstruktorem od jakiegoś już czasu i ważnym wydaje mi się, żeby podchodzić do tego tematu z szerszą perspektywą. Nie wiem, czy to koniecznie czyni ją właściwszą, ale szerszą z pewnością przez możliwość wyłapywania większej ilości niuansów. Dla rekonstruktora oznacza to między innymi bardziej świadome podchodzenie do czytanych źródeł historycznych.

O co właściwie chodzi? Grupa rekonstrukcyjna, to mniej lub bardziej sformalizowana grupa ludzi, którzy poświęcają swój czas i środki, żeby zdobywać wiedzę i elementy kultury materialnej rekonstruowanego przez siebie ludu. Są grupy bardziej jednorodne, które odtwarzają jeden teren, ale są także bardziej swobodne, które odtwarzają wiele różnych ludów; ważnym jest, aby wszyscy jej członkowie trzymali się ustalonych ram czasowych.


Moja przygoda z rekonstrukcją historyczną zaczęła się w stosunkowo młodym wieku, bo na początku gimnazjum. Mój kolega wspomniał kiedyś, że idzie w sobotę bić się kijami, bo mają taką grupę, gdzie ćwiczą takie rzeczy. Spytałem mamę, czy mogę. Pozwoliła mi. Tak się to wszystko zaczęło. Byłem tam przez czas jakiś. Od drugiej klasy liceum kontynuowałem treningi i byłem na drodze do pełnoprawnego członkostwa w drużynie. Trening w drużynie, czy też w grupie rekonstrukcyjnej, wygląda trochę jak musztra w wojsku. Trzeba równo maszerować, bo jak maszeruje się źle, to robi się pompki, trzeba równo trzymać tarczę, bo jak się ją trzyma źle, to też robi się pompki. Poza tym trenujemy walkę, którą potem można oglądać na bitwach i turniejach. Po kolejnych perypetiach wróciłem na „stare śmieci" i trwam tak od 2011 roku, jeśli nie dłużej. Tę datę pamiętam, ponieważ wtedy dotarł do mnie mój miecz, którym walczę do dzisiaj.


Słuchając debat rekonstruktorów na wyjazdach i wspólnych treningach, zacząłem zastanawiać się nad tym jak rekonstruować, bo... jak się okazuje, w rekonstrukcji istnieją pewne nurty myślowe. W trakcie studiów zdobyłem trochę wiedzy, wobec której czułem, że może być przydatna w rekonstrukcji, ale trzymałem ją dla siebie. Wynikało to z tego, że w dużej mierze nie wiedziałem, jak ją ubrać w słowa i w jaki sposób mogę jej użyć. Dopiero post jednego z rekonstruktorów, który zobaczyłem na Facebookowej grupie poświęconej rekonstrukcji, pchnął mnie do stworzenia filmu i tej notki. W materiale przybliżam definicję kultury, pojęcie lustra antropologicznego, zjawisko dyfuzji kulturowej, wspominam o glokalizacji i krytyce kulturowej, nie zapominając o konkretnych przykładach.

Jeśli jesteście zainteresowani, śledźcie fanpage na bieżąco, bo newsy z frontu pojawią się niedługo!




Najlepsza korekta tekstu zasługą Madzi. Wiadomo.

wtorek, 10 marca 2020

Smutny Cthulu komiks #1

Smutny Cthulu komiks #1 Narysowałem pierwszą część komiksu. Niedługo pojawi się jego kontynuacja. Postaram się postować mniej więcej raz w tygodniu; plus czasem jakaś okazyjna notka, gdy będę mieć pomysł na coś wartego umieszczenia. A teraz pytanie kluczowe, czy macie jakiś pomysł na inną nazwę serii?

czwartek, 5 marca 2020

Sztampowy post powitalny

Założyłem bloga. Napiszcie, co uważacie o doborze kolorów, bo nie jestem do końca pewien, czy dla każdego jest to czytelne. Następny post będzie czymś więcej. Będę tu zamieszczał mój komiks internetowy i równie często pisał co-mi-ślina-na-język-przyniesie. Luźne notki, przemyślenia i obserwacje. Chciałbym też czasem dodać minirecenzję gry, którą akurat zdarzy mi się testować. Wiem, że to niewiele jak na początek, ale też nie chcę zajmować zbyt dużo czasu samym wstępem.